20 grudnia 1987 roku, w do dziś nie do końca jasnych okolicznościach rozbił się u wybrzeży Kuby i tam zatonął s/y ”Dar Przemyśla”, na którym przemyślanin – kpt. Henryk Jaskuła po 344 dniach (12.06. 1979-20.05. 1980) samotnej żeglugi, pokonując ponad 32 tys. mil morskich, jako pierwszy Polak i trzeci żeglarz w historii światowego jachtingu opłynął kulę ziemską w rejsie solo non-stop, bez zawijania do portów. „Śmierć” ukochanego jachtu jego najsławniejszy kapitan przeżył jak utratę członka najbliższej rodziny…
Żyję z połową duszy
Zwodowany we wrześniu 1978 roku w Gdańskiej Stoczni Jachtowej im. Konrada - „Dar Przemyśla” (za jego budowę w największym stopniu zapłacił Urząd Wojewódzki w Przemyślu; pomógł GKKFiT, pewne efekty dała społeczna zbiórka, prowadzona m.in. za pośrednictwem tygodnika „Życie Przemyskie”) był unikalnym jachtem w historii żeglarstwa. Polegała ona na tym, że nigdy przed nim - od czasów Fenicjan nie było takiej jednostki, która po półtorarocznej eksploatacji, pokonaniu 34 tysięcy mil i opłynięciu świata miałaby na swoim koncie więcej oceanów niż … portów. Tych "Dar" miał dwa: Gdynię i Jastarnię, a oceanów cztery: Atlantyk z góry na dół, Indyjski, Pacyfik oraz Atlantyk z dołu na górę. Mórz też miał więcej niż portów: Bałtyk, Morze Północne i Morze Tasmana.
Bardzo niewiele brakowało, aby H. Jaskuła wraz z „Darem” dokonał bezprecedensowego wyczynu, opływając Ziemię w „drugą stronę” globu – szlakiem liczącym 34 tys. mil morskich i wymagającym około 390 dni żeglugi, oraz pokonania najdalej na południe wysuniętych pięciu przylądków, w tym "nieprzejednanego" Hornu, który kpt. Jaskuła pokonał wcześniej dwukrotnie (w lutym 1973 r. na "Eurosie" i w styczniu 1980 r. na „Darze”). Niestety, rozpoczęty 19 sierpnia 1984 roku historyczny rejs zakończył się już w trzynastym dniu żeglugi, gdy szwedzka stacja ratownictwa morskiego pod Goeteborgiem przekazała depeszę nie pozostawiającą żadnych złudzeń:
" S/y "Dar Przemyśla", będący w podróży dookoła świata, wystrzelił czerwone rakiety na pozycji 58,22 N i 11,10 E. Kłopoty z silnikiem. Proszę przekazać wiadomość, że wracam z powrotem do kraju. Kapitan Henryk Jaskuła".
Z wielu różnych i niezależnych od Henryka Jaskuły względów jacht nie był należycie przygotowany do takiego, nie notowanego jeszcze w annałach światowego żeglarstwa wyczynu. W grę wchodziły problemy materialne (chroniczny brak środków na doposażenie jachtu i jego porządny remont), ale nie tylko. Kto wie, czy nie więcej złego zrobiła ludzka zawiść, niskich lotów wygórowane ambicje i personalne „gierki” w środowisku żeglarskim (witając H. Jaskułę w Gdyni w maju 1980 r. widziałem m.in. fałszywe uśmiechy kilku znanych żeglarzy, w tym Krzysztofa B., który później przyłączył się do chórku kwestionujących wyczyn przemyślanina) i w ówczesnym Przemyskim Okręgowym Związku Żeglarskim? Nie ulega wątpliwości, że istotny wpływ na losy „Daru” i jego tragiczny epilog miała jakże modna w połowie lat 80. „turystyka” zagraniczna, dla której środek transportu jakim był jacht oznaczał nowe możliwości?...
W kilka miesięcy po swoim wielkim wyczynie kapitan popłynął na "Darze" do Argentyny, w której spędził 14 lat swojego życia, i którą opuścił - jako jedyny z całej rodziny - w 1947 roku. Na części trasy towarzyszyła mu żona Zofia i młodsza córka Oleńka (dziś inżynier gospodarki wodnej w holenderskim Maastricht). Starsza, Lidia, absolwentka przemyskiej "Morawy" i profesor fizyki jądrowej Uniwersytetu Brisbaine, trzymała kciuki za powodzenie tej wyprawy w dalekiej Australii. Wyprawy udanej i pamiętnej, bo w trzy miesiące po pierwszym od 1947 r. spotkaniu z rodziną H. Jaskuła stracił brata, a w siedem miesięcy po nim zmarła też jego matka (ojciec zmarł w 1971 r.).
We wrześniu 1987 r. "Dar Przemyśla" z 7-osobową załogą pod dowództwem kpt. Andrzeja Remiszewskiego (w której było dwóch przemyskich żeglarzy) wypłynął w swój ostatni, jak się okazało, rejs - na Karaiby. 20 grudnia, w nie do końca dla wszystkich jasnych okolicznościach, rozbił się u wybrzeży Kuby i tam pozostał na zawsze ku rozpaczy kapitana Jaskuły, dla którego ta "śmierć" była ogromną osobistą tragedią.
- Do istot, które kochałem bardziej niż bardzo zaliczam "Dar Przemyśla" (...) Żyję z połową duszy, ta druga połowa leży na wraku lub we wraku "Daru Przemyśla" na kubańskiej plaży, gdzie (...) został on bezmyślnie, nonszalancko, jak własność państwowa, rozbity na progu rafowym 80 metrów od suchego lądu, przy doskonałym wietrze ENE 4o B i idealnej widzialności. Wygląda to tak, przy innym spojrzeniu na sprawę, jakby ten jacht nie mógł żyć beze mnie, jakby połowa mojej duszy zadomowiona w nim zrewoltowała się, brzydziła się dotykiem steru jachtu tych rąk, które wydarły go moim. Często wydaje mi się, że ten jacht popełnił samobójstwo (...) przy wraku została połowa mojej duszy, a ta druga, zdumiona nieszczęściem tamtej, nie może się pozbierać do dzisiaj (...) ten jacht rodził się na moich oczach, z moich marzeń i nadziei, i nim został zwodowany był już otoczony moim gorącym uczuciem. Niech te słowa będą hołdem dla jachtu w każdą rocznicę jego zagłady, już nieważne czy w wyniku samobójstwa, czy morderstwa. Niech te słowa zastąpią mu kamień przygrobowy z opisem jego czynów" – tak, ze łzami w oczach, żegnał kapitan Jaskuła swój ukochany jacht w 1994 roku, w polonijnym Yacht Clubie im. Josepha Korzeniowskiego w Chicago, którego jest honorowym członkiem i bywał częstym gościem.